Ktoś na górze mnie nienawidzi

Aż do dziś Zobacz większe

KNGMN_Seamon

Nowy produkt

Autor: Hollis Seamon

Tytuł oryginalny: Somebody Up There Hates You

Tłumaczenie: Marta Bogacka

Liczba stron: 300

Data wydania: 2017

29,00 zł

Kiedy masz siedemnaście lat, świat stoi przed tobą otworem. Kiedy masz siedemnaście lat i umierasz na raka w hospicjum twoje perspektywy są bardzo mocno zawężone. Richie Casey znalazł się właśnie w takiej sytuacji. Mimo ograniczonych możliwości stara się wykorzystać jak tylko może ostatnie dni swojego nastoletniego życia. Ku utrapieniu lekarzy, pielęgniarek, i rodziców Sylvie, którą Richie poznał w hospicjum. Dorośli próbują chronić ich przed zagrożeniami, nie zdając sobie sprawy z potrzeb Richiego i Sylvie, a przede wszystkim z łączącego ich uczucia. Młodzi chcą przeżyć swoje krótkie życie bez względu na ograniczenia i konsekwencje. Pragną odnaleźć swą dorosłość i poczuć prawdziwy smak życia.

Książka "Ktoś na górze mnie nienawidzi" otrzymała nagrodę dla najlepszej młodzieżowej książki 2013 roku przyznawanej przez Kirkus Reviews w kategorii historii miłosnych.

Patron medialny:

Recenzje

Powieść Hollis Seamon chwyta mocno za serce i pozwala nabrać zdrowego (o, ironio) dystansu do własnych problemów. Pozwala oswoić się z trudnym tematem. Niczego nie upiększa - choroba jest straszna, potrafi wycieńczyć fizycznie i psychicznie, ale w tym przypadku ma godnego przeciwnika - nieposkromiony apetyt głównych bohaterów na życie.

knigi-olgi.blogspot.com

Fragment

Nie ściemniam. Przysięgam na Boga, możecie mi wierzyć. Ja, Richard Casey – Niezwykły Umierający Chłopak – naprawdę mieszkam, choć tymczasowo, w hospicjum, o którym wam opowiem. Jestem na trzecim piętrze Hilltop Hospital w mieście Hudson w stanie Nowy Jork.

Coś wam powiem o tym szpitalu. Tylko sobie to wyobraźcie – naprzeciwko windy, która wypluwa ludzi do naszego małego hospicjum, siedzi harfistka. Nie żartuję. Każdego zasranego dnia w holu przy monstrualnej harfie siedzi starsza białowłosa pani w dziwacznej długiej spódnicy i smętnie rzępoli. Z harfy wydobywają się słodkie soczyste dźwięki, które utykają ci w gardle.

Dziwne, co? Jakby trochę przedwczesne. Przecież jeszcze nie umarliśmy. Ale czasami, w jakiś pokręcony sposób, to nawet zabawne. Kiedy mam dobry dzień, siedzę tam na wózku inwalidzkim i patrzę, jak ludzie wysiadają z windy. Przychodzą, żeby odwiedzić bliskiego, który umiera. Nagle słyszą muzykę harfy, niemal się potykają i bledną. Pewnie przez chwilę myślą, że pominęli śmierć i cały bałagan związany z pogrzebem, i od razu trafili do nieba. Niektórzy cofają się co najmniej o trzy kroki, inni naciskają guzik windy albo drapią w zamknięte drzwi, jakby chcieli uciec. Łatwo zgadnąć, co sobie myślą. Przecież to nie oni umierają, co nie? Więc czemu trafili do krainy harf? Tchórzą, a ja nie mogę powstrzymać śmiechu. Pielęgniarki mówią, że dźwięki harfy są uduchowione, kojące i dobrze służą pacjentom. Okej, mówię im, w porządku. Może i dobrze służą 95 procentom pacjentów, którzy pamiętają starożytność, to znaczy mają co najmniej sześćdziesiątkę. Ale co ze mną? Albo z Sylvie? Jesteśmy nastolatkami i my też umieramy. Czy nie mamy praw?