Ktoś na górze mnie nienawidzi

Aż do dziś Zobacz większe

KNGMN_Seamon

Nowy produkt

Kiedy masz siedemnaście lat i umierasz na raka w hospicjum twoje możliwości są bardzo mocno ograniczone. Gdy poznajesz dziewczynę, z którą chciałbyś spędzić wspólne chwile, czas nie jest po waszej stronie.

Książka "Ktoś na górze mnie nienawidzi" otrzymała nagrodę dla najlepszej młodzieżowej książki 2013 roku przyznawanej przez Kirkus Reviews w kategorii historii miłosnych.

Więcej szczegółów

Opis

AutorHollis Seamon
Tytuł oryginalnySomebody Up There Hates You
TłumaczenieMarta Bogacka
Liczba stron300
Data wydania2017

Więcej informacji

Kiedy masz siedemnaście lat, świat stoi przed tobą otworem. Kiedy masz siedemnaście lat i umierasz na raka w hospicjum twoje perspektywy są bardzo mocno zawężone. Richie Casey znalazł się właśnie w takiej sytuacji. Mimo ograniczonych możliwości stara się wykorzystać jak tylko może ostatnie dni swojego nastoletniego życia. Ku utrapieniu lekarzy, pielęgniarek, i rodziców Sylvie, którą Richie poznał w hospicjum. Dorośli próbują chronić ich przed zagrożeniami, nie zdając sobie sprawy z potrzeb Richiego i Sylvie, a przede wszystkim z łączącego ich uczucia. Młodzi chcą przeżyć swoje krótkie życie bez względu na ograniczenia i konsekwencje. Pragną odnaleźć swą dorosłość i poczuć prawdziwy smak życia.

Książka "Ktoś na górze mnie nienawidzi" otrzymała nagrodę dla najlepszej młodzieżowej książki 2013 roku przyznawanej przez Kirkus Reviews w kategorii historii miłosnych.

Patron medialny:

Fragment

Nie ściemniam. Przysięgam na Boga, możecie mi wierzyć. Ja, Richard Casey – Niezwykły Umierający Chłopak – naprawdę mieszkam, choć tymczasowo, w hospicjum, o którym wam opowiem. Jestem na trzecim piętrze Hilltop Hospital w mieście Hudson w stanie Nowy Jork.

Coś wam powiem o tym szpitalu. Tylko sobie to wyobraźcie – naprzeciwko windy, która wypluwa ludzi do naszego małego hospicjum, siedzi harfistka. Nie żartuję. Każdego zasranego dnia w holu przy monstrualnej harfie siedzi starsza białowłosa pani w dziwacznej długiej spódnicy i smętnie rzępoli. Z harfy wydobywają się słodkie soczyste dźwięki, które utykają ci w gardle.

Dziwne, co? Jakby trochę przedwczesne. Przecież jeszcze nie umarliśmy. Ale czasami, w jakiś pokręcony sposób, to nawet zabawne. Kiedy mam dobry dzień, siedzę tam na wózku inwalidzkim i patrzę, jak ludzie wysiadają z windy. Przychodzą, żeby odwiedzić bliskiego, który umiera. Nagle słyszą muzykę harfy, niemal się potykają i bledną. Pewnie przez chwilę myślą, że pominęli śmierć i cały bałagan związany z pogrzebem, i od razu trafili do nieba. Niektórzy cofają się co najmniej o trzy kroki, inni naciskają guzik windy albo drapią w zamknięte drzwi, jakby chcieli uciec. Łatwo zgadnąć, co sobie myślą. Przecież to nie oni umierają, co nie? Więc czemu trafili do krainy harf? Tchórzą, a ja nie mogę powstrzymać śmiechu. Pielęgniarki mówią, że dźwięki harfy są uduchowione, kojące i dobrze służą pacjentom. Okej, mówię im, w porządku. Może i dobrze służą 95 procentom pacjentów, którzy pamiętają starożytność, to znaczy mają co najmniej sześćdziesiątkę. Ale co ze mną? Albo z Sylvie? Jesteśmy nastolatkami i my też umieramy. Czy nie mamy praw?